

Dziwnem to się dla nas wydaje, gdy słyszymy, że rozszerzenie chrześcijaństwa stanowi dowód jego początku boskiego. Przyjmujemy te twierdzenia napół z niedowierzaniem, bo to wygląda trochę na przesadę; „widzieć chcą ci obrońcy wiary wszędzie tylko cuda i cuda.” Nie bójmy się więc rozpatrzeć na czym opiera się tego rodzaju twierdzenie.
Niegdyś filozof Celsus rzucił Chrześcijanom pełen pogardy zarzut: „Głupi zaiste powzięli oni zamiar; chcą rozszerzyć swoją religię po całym świecie; kto kiedykolwiek mający jeszcze choć odrobinę zdowego rozumu będzie uważał coś podobnego za możliwe, aby wszystkie ludy ziemi, Grecy i barbarzyńcy zjednoczyli się w wyznawaniu jednej wiary.”
Prawdziwie wdzięczni jesteśmy Celsowi za jego słowa, bo nam odsłonił niznaną stonę zapatrywań strożytnego świata. Więc gdy Chrystus mówił do Apostołów: „Idąc na świat cały, opowiadajcie Ewangelię wszemu stworzeniu,” wygłosił rzecz nową zupełnie i do owej chwili nieznaną nawet tym panom świata, którzy w swoim panteonie gromadzili bóstwa podbitych krajów, nie śmieli wszakże wraz z orłami rzymskimi rozszerzyć panowania wierzeń wszechwładnej Romy; wypowiadał więc Pan Jezus rzecz nieznaną nawet żydom; jakkolwiek bowiem przyjmowali oni prozelitów, nigdy jednak nie uznawli obowiązku rozszerzania swojej religii wśród wszystkich ludów. Żadna do owej chwili religia nie rościła takiej pretensji,aby ją przyjmowały wszystkie narody.
Ale cóż w tem nadzwyczajnego, że religia chrześcijańska występuje już od początku jako religia wszechświatowa; oczywiście, jeżeli jest jedynie wyłącznie prawdziwą, musi być ze swojej istoty powszechną.
Gdy Chrystus miał objąć swoją nauką wszystkie narody, Rzym panował nad całym prawie znanym podówczas światem. Jakiż charakter owej epoki? Przed orężem rzymskim topniał wszelki opór, jak drobny szron przed palącemi promieniami słońca; za rydwanem zwycięzców płynęły do Rzymu niesłychane bogactwa, zapewniając obywatelom sławne „szczęście rzymskie” („felicitas romana”). Jednocześnie ten Rzym, który widział w swych murach niezliczony szereg tryumfów i w oczach świata nabirać począł znamion „miasta wiecznego”, „Aeterna Roma,” – ten Rzym bogaty w potężne zasoby cywilizacji obok wojowniczych legionów umiał pielęgnować sztuki w tym stopniu,że odnalezione w wieku XV-ym zaledwie resztki tej zaginionej świetności stworzyły całą epokę humanizmu, odrodzenia, renesansu. Wobec więc tego ogromu niezaprzeczonych skarbów potęgi, nauki i sztuki, występuje chrystyanizm; zapewne chcecie tu dopowiedzieć, że występuje do wali; tak zwykle sądzą; ale inne tu postawimy twierdzenie.
Może niejeden z nas miał możność podziwiania pewnego arcydzieła w dziedzinie nalarstwa. Płótno przedstawia tryumf Ewangelii nad światem pogańskim; główną część obrazu zajmuje grupa chrześcijan opromieniona blaskami słońca, jaśniejąca, spokojna,ze wzrokiem utkwionym w jakąś dal niezgłębioną, jakby wypatrując szlaki swej przyszłości. Na czele tego orszaku jedzie bogato ubrany Herold, trzymając tryumfalną choągiew; za nim zbrojni średniowieczni rycerze.
Po bokach jakby złamane resztki nieprzyjacielskiego wojska stoją na gruzach kolumn,posągów połamanych, zbroi, muskularni, ale pełni rozpaczy żołnierze rzymscy, zsłaniając posępne postacie paru uczonych, którzy zatopieni w księgach zdają się żyć przeszłością. O, bynajmniej takim nie był tryumf Ewangelii! Chrystyanizm nie na gruzach strożytnej cywilizacji miał wzosić znak krzyża św. Wówczas, gdy we wszystkich zakątkach znanego podówczas świata zakwitł Kościół Katolicki, państwo Rzymskie nie utraciło dawnej potęgi. Chrystyanizm miał wyrwać wiekami zakorzenioną przewrotność i wszystkie zasady, które stanowiły istotę świata w najgorszem tego słowa znaczeniu; chrystyanizm miał złamać potęgę religiii pogańskiej, która swą siłę czerpała z jajściślejszej spójni z państwem, tę religię, której najwyższym kapłanem był cezar rzymski; religię, która kazała w końcu oddawać władcom Rzymskim cześć boską; która karmiąc pożądliwość ciała i pychę żywota, odbiera prawdziwe szczęście.
Rozszerzyć więc religię chrześciańską na całym świecie, znaczyło odrodzić, przekształcić całą ludzkość, nie naruszając cywilizacyi, nie niszcząc sprawiedliwch instytucyi porządku społecznego.
Jakież były użyte środki do tego celu. Znakomity apologeta, Hettinger, wskazuje trzy środki, przy pomocy których jeden człowiek działa na drugiego: 1) siła materyalna, a więc miecz, przemoc; 2) złoto – a więc używanie wszelkich wygód; 3) nauka nakoniec i sztuka. Pierwszy środek stwarzał potężne monarchie, jak Babylon, Rzym. Chrystus nim wzgardził: „wszyscy, którzy miecz biorą, od miecza giną”. Siła – używanie, stworzyły religię Mahometa; Chrystus i tym środkiem wzgardził: „ kto chce za mną iść, niech zaprze sam siebie;” nauka wreszcie i sztuka zawsze pokojowo i miłośnie opanowywa świat, pociągając stęsknione serca ku sobie; Chrystus nie użył tego środka. „Wyznawam Tobie Ojcze, Panie nieba i ziemi, iżeś to zakrył od mądrych i rozumnych, a objawiłeś to maluczkim”. Wszystkie słowem najskuteczniejsze środki rozszerzenia swej nauki Chrystus Pan pominął i wybrał środek, który według rachuby ludzkiej mógł tylko zniweczyć całe dzieło; posyła do opowiadania Ewangelii ludzi, którym wszystkiego po prostu brakło, co było koniecznemdo pomyślności zamierzonego dzieła. „Quae stulta sunt mundi elegit Deus ut confundat sapientes”. Niedość, że byli prostymi, bez nauki, bez jakiejkolwiek ogłady światowej; powtarzam, niedość tego, wybrał apostołów z ludu, który w całym państwie rzymskiem był znienawidzony w najwyższym stopniu; nie twierdzę tego bezzasadnie; przedstawiam na to dowody. Tacyt w swej Historyi nazywa żydów: „Despectissima pars servientium, teterrima gens”. Ammianus Marcelin opowiada o żydach, że gdy Marek Aureliusz, dążąc do Egiptu, zwiedzał Palestynę, znużony częstokroć widokiem obmierzłych i niespokojnych żydów, wołał z goryczą: „O kwadowie, o sarmacki ludu, nakoniec znalazłem plemiona od was nędzniejsze”.
I dziwimy się, dlaczego w tych okolicznościach wybrał Chrystus tych właśnie Apostołów, i im tak doniosłe powierzył zadanie; lecz przewidywał to pytanie św. Paweł Apostoł, gdy już uprzenio dał n anie odpowiedź: „Nie rozumiałem abym miał co umieć między wami, i byłem ja z bojaźnią i ze drżeniem wielkiem u was… aby wiara wasza nie była w mądrości ludzkiej, ale w mocy Bożej”; to znaczy: dlatego nas słabych wybrał Chrystus, abyście poznali, że nauka, którą głosimy, nie może być naszą, abyście widząc moc nadludzką w rozszerzeniu tej nauki wierzyli, iż mocą Bożą działamy i dla tej mocy Bożej, abyście nam wierzyli.
Więc wzgardzeni, znienawidzeni i bezbronni. Apostołowie idą na cały świat; i cóż zdziałali? Przed kilkudziesięciu laty w paryskiej Akademickiej księgarni ukazała się książka pad tytułem: „Chrystyanizm i niezależny rozbiór wywodów Apologetki chrześciańskiej”. Z silną dozą srkazmu odpowiada autor tej książki, że Apostołowie nic wielkiego nie zrobili. Żadna religia, powiada on, nie rozszerzała się z takim trudem, jak religia chrześciańska; po 300 latach zaledwie zdobała sobie prawo obywatelstwa, a jakże niżej stoi pod tym względem od religii Mahometa, która w kilkadziesiąt lat po śmierci założyciela objęła olbrzymią przestrzeń świata; zagrosiła chrześciaństwu; nawet protestantyzm o wiele okazał się szczęśliwym, bo od łona Katolickiemu w przeciągu lat kilkudziesięciu oderwał znaczną część Europy i także groził Kościołowi Katolickiemu.
Przytaczam śmiało te ironiczne a ostre uwagi, bo prawda ma ten przymiot, że jej fałsz nie zniszczy ani zaciemni; zarzuty wszelkie o przytoczonym nam protestantyzmie; czy możemy zaprzeczyć słuszności tej uwagi? Bynajmniej – pozwólcie tylko, że jedną uczynię uwagę.
W poufnej rozmowie, pytał raz ś.p. biskup Nowodworski: „powiedz mi, co ty uważasz za rzecz najszybszą na świecie?” odpowiedziałem, że według powszechnej opinii najszybszą jest myśl; „dobrze – odpowiedział biskup – ja wszakże przyznaję słuszność Goethemu, który za najszybszą rzecz na świecie uznał „przejście do dobrego do złego.” Tak, nie dziwimy się,że protestantyzm nawet na łonie Katolicyzmu robił szybkie postępy, gdy za istotę swej nauki postawił twierdzenie, że wiara usprawiedliwia; dobre uczynki nie są potrzebne do zbawienia; gdy znosił sakramenta bardziej przykre dla namiętności ludzkich, gdy łechtał próżność człowieka, stawiając rozum ponad powagę wszelką, nawet ponad powagę Pisma św.,gdy ogłaszał, iż niepotrzebne są żadne śluby, gdy znosił nierozelwalność węzłów małżeńskich; nie, dla propagowania takich idei cudu nie potrzeba! A już zbyteczną jest rzeczą tłumaczyć, że rozszerzenie mahometańskiej religii nie może iść w porównanie z chrześciańską. Tysiąca lat potrzeba było, aby mahometanizm zagarnął te granice, w jakich dzisiaj jest wyznawany; w pierwszych zaś chwilach nie religia Mahometa rozlewała się po całej Azyi północnej, ale miecz muzułmański rozlewał krew chrześciańską, aż powstrzymany ręką Karola Martela stanął, i dalej ani na krok nie postąpił.
Jeżeli zaś ktokolwie sądził, że religia chrześciańska potrzebowała 300 lat do swego rozszerzenia niech to wybaczy, ale mu wprost musimy zaprzeczyć. Pomijam to, że już św. Paweł w listach do Kolosseńczyków i Rzymian wspomina, iż wiara chrześciańska opowiadaną jest po całym świecie; pomijam, że historycy najstarżytniejsi: Ireneusz, Toodoret, wyliczają wszystkie znane podówczas kraje, w którym rozszerzyła się religia chrześciańska, nie wyjmując Scytów i Sarmatów: najsilniejszym dowodem będzie urzędowy raport Pliniusza Młodszego, Rządcy Bitynii, do Trajana Cesarza: „ Superstitio haec, przesąd ten, już nie tylko miasta, ale i wsie opanował. Widzę tu już nieledwie zupełnie opuszczone świątynie, ustają ofiary, a uroczystości przerwane na długo, – i niema ktoby całopalenie składał.”
Więc już pod koniec pierwszego wieku po Chrystusie pustoszały świątynie pogańskie, gdy olbrzymio wzrastała liczba chrześcian. Więc słusznie mógł w drugim wieku pisać do cesarza Tertullian: „Wczorajsi jesteśmy, a zapełniliśmy wszystko; wasze państwo, miasta, wsie, fortece, urzędy, wojsko, senat, pałace, same zostawiliśmy wam świątynie. Przeciwko wam moglibyśmy najgroźniej samą bezczynnością wałczyć; dosycić było, abyśmy przeszli do odległych krajów; zadrżeć musielibyście, widząc pustkę u siebie, ciszę do śmierci podobną, anibyście mieli komu rozkazywać”. Tak więc już w pierwszym wieku religia Chrześciańska szerzyła się w całym świecie podówczas znanym. W 300 zaś lat później już panował na tronie cezarów Rzymskich.
Jakiż stąd wniosek należy uczynić?
Rozumiemy już tajemnicę tak szybkiego rozszerzenia chrystyanizmu; Chrystus był ustwicznie z Kościołem swoim: „Oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świat.”