

Znany historyk angielski, Gibbon, w swem dziełku o upadku państwa Rzymskiego, powiada: „Prawda, że chrystyanizm rozszerzył się nader szybko; ale cóż w tem nadzwyczajnego; naturalnie przypisywać takiego dzieła nie możemy ani zdolnościom, ani gorliwości Apostołów, ale były inne przyczyny naturalne, które ułatwiały propagandę religijną”. Zapewne chcecie dowiedzieć się, które on wsakzał przyczyny; owszem, posłuchajmy. Już strożytni historycy wskazywali, mówi on, że 1) panowanie Rzymian we wszystkich częściach starego świata ułatwiało wzajemną łączność ludów, a więc przyczyniało się do szerzenia nowych idei po całym świecie. Nadto 2) zepsucie obyczajów ówczesnego społeczeństwa, tyrania cezarów, zwracała czystsze serca do tego ideału, który przedstawiał Chrystyanizm. 3) Tłumy niewolników, których liczba znacznie przewyższała liczbę wolnych obywateli państwa, znalazły w religii chrześciańskiej wybawicielkę prawdziwą. Nakoniec 4) przykład cnót chrześciańskich musiał nadewszystko oddziaływać na pogan, skoro niejednokrotnie cezarowie rzymscy cnoty chrześcian stawiali za wzór do naśladowania poganom. Zdaje się jednakże, iż każdy z was bez głębszego nawet namysłu łatwo spostrzedz może, iż te okoliczności były jak miecz obosieczny, mogły bowiem równie szkodzić Kościołowi, jak i pomagać.
Pozwólcie, że postawię teraz twierdzenie, które wyda się paradoksałnem. Śmiało można utrzymać, że szybkie rozszerzenie chrześciaństwa w owej epoce było poprostu niemożliwie bez wyraźnego cudu. Osądźmy rzecz bezstronnie; ktokolwiek poznał choćby elementarne zasady logiki, wie, czem jest najzupełniejszy sceptycyzm; sceptyk nie ma żadnego punktu oparcia w swoich rozumowaniach. Niedość, że wszelką prawdę on z góry odpycha; z nim wprost niepodobna roztrząsać poważnie żadnych zagadnień filozoficznych, bo o wszystkiem on wątpi – wszystkiemu zaprzecza, a już najzupełniej zamknięta jest droga do wpojenia weń przekonań religijnych. W czasach nowożytnych nie znamy żadnych przykładów, aby sceptyk zupełnie odzyskał prawdziwą wiarę. Byłby to cud łaski Bożej, ale nikt nigdy naturalnemi środkami dokonać tego nawrócenia nie zdoła.
Proszę zauważyć, czem był świat starożytny rzymski. Głośny Lamennais w swoich pismach trafną bardzo daje charakterystykę: „Czem była podówczas filozofia pogańska, jeżeli godzi się tym mianem nazywać wesołe dysputy, urozmaicające chwile wypoczynku w cienistych ogrodach zamiejskich willi, lub wykwintne uczty arystokracyi. Nie zaczerpnięto z nich ani jednej reguły postępowania, rozmawiano o bogach, aby je wyśmiewać, o śmerci, aby ten tylko wypowiedzieć wniosek, że używać ma człowiek wszelkiej rozkoszy, póki mu życia wystarczy”.
Podobać się cezarowi było jedyną regułą, innych celów i niewzruszonych zasad szukać nie było potrzeba; poco o nieśmiertelności mówić; ten niech się nią zajmuje, komu źle na świecie; w pytaniu, które Piłat rzucił Chrystusowi i odszedł nie czekając na odpowiedź, w tem jednem pytaniu: „Co to jest prawda?”, w tem pataniu, które stało się podówczas przysłowiem i na którem kończono wszelką dyskussyę naukową – w tem pytniu skupia się najzupełniejsza charakterystyka stanu umysłowego inteligencji ówczesnej. O tak, przedewszystkim panował wówczas wszechstronnie sceptycyzm i cudu było potrzeba, aby religia chrześciańska mogła się rozszerzyć w tak krótkim czasie, jaki wskazuje nam historya Kościoła Katolickiego. Powiecie, że szerzył się Chrystyanizm przedewszystkim wśród niewolników i kobiet; lecz dziwna rzecz, w tych właśnie sferach najwięcej miał trudności do zwalczenia. Nie mogę przedstawić, czem była wówczas kobieta. Namiętność, której miana wspominać nam się nie godzi, wśród chrześcian nawet stanowi potok straszny; łamie ona wszelkie zapory; ale w świecie pogańskim namiętność ta nie miała żadnej zapory; więc niemoralność groziła już wyludnieniem państwu Rzymskiemu i trzeba było prawa, nakazującego związki małżeńskie, aby jakąkolwiek tamę położyć; czy lepszym był niewolnik? Prawo rzymskie daje nam o tem dostateczne pojęcie człowiek który rok tylko jeden przebył w niewoli, otrzymywał nazwę veterator t.j. rzecz podła, znikczemniała; dosyć było roku jednego w niewoli, aby zatrzeć wszelkie rysy godności człowieka; takiego więc człowieka w krótkim czasie podnieść do ideału, który wskazuje chrystyanizm, podnieść ich tłumy do tegoż ideału w przeciągu lat kilkudziesięciu, o, to zadanie, którego nie przypisze sobie żaden najwymowniejszy Apostoł, – to dzieło ręki Bożej.
Pomijam wszystkie inne cechy upadku obyczajów, które doprowadziły do najniższego zezwierzęcenia człowieka. Wobec zbrodni, które dziś często wstrząsają wszystkie szlachetne serca, rozumiemy aż nadto dobrze, czem jest brak zasad chrześciańskic h w życiu; rozbój i grabież na porządku dziennym; taki był świat przed Chrystusem i bez przesady Chrystus mówił do Apostołów: „Oto posyłam was jako owce między wilki;” i któż zdziałał, że w przeciągu kilkudziesięciu lat te dzikie niczem niehamowane natury, stały się cichymi barankami w owczarni Chrystusa?
Dotychczasowe uwagi mogły dać pewne pojęcie o przeszkodach, które spotykał chrystyanizm w swoim rozwoju. Wszakże przeszkody te nikną zupełnie wobec jednej, która dla sił ludzkich była najzupełniej niezwyciężoną. Szerzenie chrześciaństwa jako nowej religii było zakazane prawem Rzymskiem. Z dzieł Cycerona wiemy, że śmierć groziła każdemu głosicielowi religii nie uznanej przez państwo. I niedość na tem; przy pojawieniu się chrześciaństwa wierzono, że ta religia grozi zagładą państwu rzymskiemu, tembardziej, że wzrost potęgi rzymskiej przypisywano pogańskiej religii. Państwo Rzymskie zgromadza wszystkie siły, któremi rozporządza; zawrzała walka na wszystkich polach; filozofia okazała swoją bezsilność, próżnią; używać tylko umiała szyderstwa i wzgardy dla prawdy religii chrześciańskiej. Więc działać począł ogień i miecz.
Genialny pędzel malarzów i pióro utalentowanych pisarzów – nazawsze wyryły w waszej pamięci obraz świeczników chrześciaństwa; ale to nie jest bajka; wiedzieć mamy, że jest to niczem wobec krwawej rzeczywistości, której ówczesny świat był widownią.
Genialni artyści nie przekroczą nigdy miary piękna, aby ukazać wam w całej pełni i te miasta z ludnością chrześciańską i te gmachy z kilkotysięcznym tłumem, które płonęły niegdyś jakby pochodnie przyszłych wieków chrześciaństwa.
Tak, niepodobna nawet dawać wam zwykłej opowieści tych cierpień; niepodobna nawet czytać słów Euzebiusza, gdy nam podaje, że w Arabii przeważnie rozszarpywano członki, że w Kapadocyi łamano nogi, że w Mezopotamii palono nawolnym ogniu, że w Alexandryi obcinano nogi i ręce, wyrywano oczy; nie, samo wspomnienie – nieznośne, ileż byłby nieznośny widok takich męczarni; i jakiż byłby wybór, gdyby nam tę straszną postanowiono alternatywę; albo śmierć, albo wyrzeczenie się religii, a jednak ta straszna alternatywa niegdyś postawiona była pierwszym chrześcianom. Po całej Azyi, Afryce, Europie dziś znajdziecie rozsiane pamiątki tych męczenników; i pod włoskiem niebem, gdzie dziesiątkowano chrześcian, i nad brzegami Renu, gdzie wymordowano resztę legii Tebańskiej.
Któż więc utrzymywać będzie, że te warunki sprzyjały rozszerzeniu chrześciaństwa.
Gdy Decyusz, gdy Dyoklecyan postanowili zgładzić imię chrześciańskie z powierzchni ziemi, jeden tylko możliwy był smutek, jeden tylko, – bez szczególnej opieki Bożej: musiało zniknąć imię chrześcian z powierzchni ziemi. I w istocie już Dyoklecyan pisać począł w urzędowych dokumentach: „deleto nomine christiano.” Więc nie ludzka tu siła działała, gdy pomimo tylu przeszkód w niewiele lat potem bandera krzyża tryumfalnie powiewała na czela wojsk Konstantyna przy wejściu do stolicy Kościoła chrześciańskiego. Gdy 300 lat lała się krew chrześcian, – po prześladowcach nieśmiertelną pamiątkę zostawił Laktancyusz w dziele „de Mortibus Persecutorum,” gdzie wykazał, iż z 50 przeszło cezarów żaden nie umarł śmiercią naturalną. Kościół zaś krzepił się i wzrastał. Dzieło to tego, który powiedział: „Ja gdy wywyższony będę, wszystko pociągnę ku sobie.”