

Obrońcą tej fanatycznej nietolerancyi nie był Dolinger, więc niespodziewane spotykamy w jego dziełach wyznanie. “Sądzą powszechnie, że Reformacya stworzyła nową ideę, swobodę sumień; inaczej wszakże rzecz się ta przedstawia w istocie. Protestanci i Kalwiniści, jak zresztą wszyscy ludzie na świecie, lubią zachować swobodę sumienia tylko dla siebie, ale nie zdarzyło się, aby innym ją okazywali. Stanowcze znieszczenie Kościoła Katolickiego poczytywano za obowiązek oczywisty.” Dolinger nic nam nowego nie powiedział. Podobnych świadectw znajdziemy całe kolumny, ale bynajmniej nie stawiam ich w celu usprawiedliwienia nietolerancyi Kościoła Katolickiego, jeśli takowej używa, bo równą nosiłby on na sobie plamę, gdyby w użyciu środków szerzenia nauki Chrystusa Pana stał na równi z sektami heretyckiemi. Czemże więc różni się od nich Kościół Katolicki.
Nie wiem czy pamiętacie, aby kiedykolwiek wykładano wam z ambon zasady o tolerancyi. Zdawać by się mogło, że nie lubią wówić o tym przedmiocie, jakby dla pominięcia przykrej, drażliwej meteryi; pozwólcie więc, że wam przedstawię wszystkie reguły katolickiej nietolerancyi, bez żadnych ograniczeń, niech nie będzie tu żadnych tajemnic.
“Alboż do mnie należy sądzić o tych, którzy nie są u nas… Bóg sądzić będzie… wyrzućcie zło z pośrodka was,” tak mówi w imieniu Kościoła św.Paweł. nie przypisuje sobie Kościół prawa mieszania się do tych, którzy przez Chrzest św.nie są mu podlegli; to pierwsza zasada naszej nietolerancyi.
Chcemy, aby wszyscy poznali prawdę, bo tak Bóg chce, gdy to objawia w Piśmie świętem: “vult omnes nomine venire ad agnitionem veritatis,” ale nie z przymusu, bo przymus w sprzeczności stai z pojęciem samej wiary. “Wiem z własnego doświadczenia, mówił św. Augustyn, jak trudno jest człowiekowi, pogrążonemu w błędach, przyjść do poznania prawdy, ale wiem, że nigdy przymus na nic się nie przyda w rzeczach wiary, tam, gdzie przekonanie wewnętrzene zdobywać mamy”. Chcemy więc, aby wszyscy mogli usty i sercem powtarzać słowa psalmisty. “Z własnej woli mojej wyznawać będę Panu”. “Dobrowolnie będę ofiarował Tobie i będę wyznawał Imieniowi Twemu, Panie, albowiem dobre jest”. To druga zasada nietolerancyi Katolickiej.
Ależ, powiecie, dotychczas słyszymy tylko zasady miłości Chrześciańskiej. O, tak! Dla tej miłości powinniśmy być gotowi wszysko oddać; wyrzec się świata całego, oddać majątek, życie nawet, jednego tylko uczynić nie możemy, i tu znajdujemy granicę, której nam przekroczyć nie wolno.
Nigdy, nigdy! Nie wolno nam zabijać prawdy.
Dlaczego nie widzicie w murach tej świątyni Katolickiej posągów bożyszcz pogańskich? Nas to pytanie przeraża; ale nie obawiajmy się, powiedzmy szczerze, cobyśmy sądzić mogli, gdybyśmy z wysokości ambony słyszeli prawdy katolickie, a za chwilę błędy heretyckie i pochwały dla wszystkich sekt na równi z obroną Kościoła; ależ w naszej myśli nigdy nie zrodził się ten obraz potworny i dziwi nas użycie tego rodzaju przypuszczeń!
Dlaczegoż to; dlaczego?
Jeżeli odpowiedzi nie mamy gotowej odpowiadam bez wahania, że takie zespolenie światła i cieniów, fałszu i prawdy, nasz rozum nie pojmuje,- serca nasze nie dopuszczają; tak! Tu umysł nasz nie zna tolerancyi; i nie zna też Kościół Katolicki, bo “co za towarzystwo światłości z ciemnościami…a co za zgoda Kościoła z bałwanami…albo co za zgoda Chrystusowi z Belialem”.
“Bo nie modem nic przeciwko prawdzie, ale za prawdą”.
Oczywiście prawda lub fałsz nie zjawia się nam w abstrakcyi, ale zawsze reprezentowane są przez ludzi. Cóż więc czyni Kościół czy może w celu uniknięcia najmniejszej obrazy; każe nam milczeć, wówczas, gdy ktoś odmiennych trzyma się przekonań, choćby szło o najistotniejsze prawdy. Ależ takie postępowanie każdy z nas uznałby za prostą małoduszność.
Lecz nie o nas tu idzie. Ginie prawda, gdy zważać zaczyna na to, co się podoba lub niepodoba; biada nam, gdy przez nasze milczenie prawda wśród nas ginie. Wszakże i w jawnej obronie prawdy trzyma się Kościół niezachwianie słów św. Augustyna: “interfice errorem, dilige errantem,” “zabijaj fałsz, miłuj błądzącego człowieka;” i tam nawet, gdzie człowiek błądzący grozi zgorszeniem ogółowi chrześcian, Kościół czyni to tylko, co czyni rodzina chrześciańska względem swych dzieci.
Dla dobra własnych dzieci, ty nie dopuszczasz ich łączności z niemoralnymi, czyli, używając wyrazów łacińskich, ex comunione, od towarzystwa swych dzieci wykluczasz; nie masz do tych ludzi niemoralnych żadnej nienawiści, a nawet, o ile możesz, pomagasz; i to tylko czyni Kościół. Ostatni to środek, i musi być używany przez apołeczeństwo, które dba o istnienie swoje. Jednak nie wolno jest zapominać, że nawet wykluczony z Kościoła jest bliźnim naszym, którego otaczać mamy mocą całej chrześciańskiej miłości. A to już ostatnia regluła naszej nietolerancyi.
Pięknie brzmią te zasady, ale czem one są w oświetleniu historycznem!
Zdaje się, że wobec gromadzących się pod tym względem trudności, trzebaby wielkich używać wysileż, aby obronić przeszłość Kościoła.
Spotykam tu istotnie trudność, ale nie w wyszukaniu obrony; trudność polega na usunięciu przykrości, która odpowiedź musi w sobie zawierać. Darujcie mi to, ale muszę otwarcie powiedzieć, że tylko powiedzchowna znajomość historyi jest jedynym powodem potępiania Kościoła. Zresztą sami osądźcie.
Znany ze swej erudycyi historyk, Konstanty Hofller, człowiek świecki, w swem dziełku “History wieków średnich” mówi: “Wobec potęgi świata muzułmańskiego dla wspólnej obrony, wszystkie ludy Europy zespoliły się w jedną rodzinę, zwaną “Respublica Christiana;” naturalnym ich węzłem była jedna wiara – Kościół Katolicki. Każde więc wykroczenie przeciwko jedności Kościoła uważano za najwyższą zbrodnię państwową; stąd straszne kary przeciwko heretykom, zapisane oczywiście nie w prawie kościelnem, ale w prawie cywilnem każdego narodu. Stąd krucyaty przeciwko Albigensom, Katorom, przeciwko Ezzelinowi, stąd wyroki śmierci.
Może zdaje się nam, że cały ogół nisłychanie błądził, poczatując heretyckie jakieś twierdzenia za wykroczenie przciwko jedności chrześciańskiej; ale te twierdzenia heretyckie bynajmniej nie dotyczyły abstrakcyi. O nie, nie była to abstrakcya, gdy zmierzały one do zniszczenia rodziny chrześciańskiej; to nie był błąd jakiś z dziedziny spraw bezcelowch, gdy gnosi on podstawy własności, gdy obalał zasady powagi, władzy wszelkiej, prawa; były to błędy, które dzisiaj nie noszą na sobie już osłony nauk religijnych, ale bez maski otwarcie wyznają swój rzeczywisty charakter; są worogami istniejącego porządku społecznego. Nie potępiajcie więc społeczeństw chrześciańskich, które zbrodnią nazywały, co zawsze jest zbrodnią, w jakiejkolwiek ona ukryje się formie.
Lecz Kościół nigdy tych kar surowych nie używał. Inną Pan Bóg broń nam powierzył.
Znacie ten obraz, skreślony dla wszystkich pokoleń ludzkich: wobec trybunału Antypatra stoi niewiasta, otoczona gronem siedi swoich synów; w oczach matki zadają im śmierć, za mniemane przesądy. Zostaje już tylko jeden, prześliczny młodzian. Władca pod przysięgą obiecywał, że go bogatym uczyni, jeżeliby od praw religii swej odstąpił. O, co się działo w duszy nieszczęśliwej matki! Ona już po sześćkroć umarła, niech tylko napomni młodzieńca, a wrócą jej wolność, wrócą to już ostatnie dziecię! I cóż; schyliwszy się mówiła do syna: “Synu mój, zmiłuj się nademną, spojrzyj na niebo i na ziemią; wiedz, że to wszystko Bóg z niczego uczynił; tak się stanie, że to się nie będziesz bał najstraszniejszych katuszy; stań się godnym braci twojej, abym cię społem z nimi znalazła…” i umarł. Umarła już jakby po raz ósmy matka Machobejczyków. To jest najpotężniejsza broń wobec najniebezpieczniejszych żywiołów. Cierpienia. Niezrozumiała dla nas, ale doświadczona w ciągu 19 wików. Poznamy to później.
Kochajmy Kościół Katolicki, który pierw nim zrodził się ten wyraz: “tolerancya,” już stosował w całej pełni miłość chrześciańską.