

Na głównej bramie wiedeńskiego Burgu widnieje napis: „ Iustitia – fundamentum regnorum.” Kto pierwszy raz czytał te słowa, mimowoli rozważał w jakim znaczeniu „ Sprawiedliwość” ma stanowić ten fundament. Pierwsze oczywiście tłumaczenie, że wówczas tylko społeczeństwo trwać może, gdy w nim oddają każdemu, co się komu należy; gdy nadto przestrzegane, zachowane jest prawo, – rękojmia wszelkiego porządku. Tłumaczenie to jest niezawodnie słuszne, ale nie wyczerpuje całej myśli, zawartej w przytoczonych trzech wyrazach. Gdy pytamy, co jest podstwą społeczeństw, w imieniu całej starożytności odpowiada znany klasyk: „ Wiem, że gdy religię usuniemy, nie może trwać ani społeczeństwo rodzaju ludzkiego, ani wierność, ani najszczytniejsza cnota – sprwiedliwość”. A więc sprawiedliwość w tym znaczeniu, w którym ją na pierwszym miejscu pojmowaliśmy, sama również musi spoczywać na jakimś fundamencie. Jeżelibym miał wskazać, jaki jest sąd pod tym względem pisarzy nowożytnych, zdaje się wiarogodnym będzie świadkiem tej opinii najgłośniejszy w ostatnich czasach wróg Kościoła. „ Taka jest słabość rodzaju ludzkiego, mówi on, a mówi z nierajonym gniewem i ze zwykłą sobie bluźnierczą ironią, ta jest przewrotność ludzi, że bez wątpienia o wiele lepiej jest być podległym wszelkim możliwym przesądom, byleby nie były mordercze, aniżeli być bez religii. Człowiek zawsze potrzebuje hamulca; i chociaż byłoby śmiesznym czcić faunów, bogów wód i lasów, wszakże byłoby pożyteczniej cznić te fantastyczne bóstwa, aniżeli zanurzyć się w niereligijności. Człowik niereligijny, a rezonujący, gwałtowny i potężny, byłby równie strasznym biczem jak krwawy fanatyk. Wszędzie, gdziekolwiek istnieje społeczeństwo – religia jest konieczną. Prawa czuwają nad czynami publicznymi, religia wyniszcza tajemne występki”. Więc i prawo samo przez się nie jest wystarczającą rękojmą trwałości społeczeństwa. Natomiast spostrzegamy, że umysły głębsze tak w starożytności jak i w naszych czasach jednomyślnie wskazują religię, jako niezbędny fundament porządku społecznego. Pocóż zresztą szukać dowodów w świadectwach pisarzy, gdy pod tym względem mamy inny, o wiele silniejszy dowód. Pomijam wieki dawne; w czasach nowszych pamiętne są słowa Fryderyka II-go: „ Pospólstwo jest żywiołem, z którym nie dałbym sobie rady bez pomocy Bożej”. Pamiętne również są słowa Robespierrèa, który bez drżenia posyłał tysiące na szafot – uląkł się jednak społeczeństwa bez religii, i zanim ręka Sędziego Najwyższego zawisła nad nim jak nad Baltazarem, chciał już położyć granice orgii nowego Babilonu i jako prawo ogłosił te słowa: „ Naród Francuski uznawał i uznaje istnienie Boga i nieśmiertelności duszy”. Pamiętne są słowa Napoleona I-go: „ Nie czuję się dosyć silnym, aby rządzić narodem, który czyta dzieła Rousseaùa i Voltairèa.”. Naturalnie, słowa tych ludzi nie stanowią dla nas dowodu, ale dowodem jest ich bogate nader doświadczenie, które zgodnie ze świadectwem rozumu wskazało aż nadto obficie konieczność religii w życiu społeczeństwa każdego. „ Ciemne epoki w histori narodów idą równolegle z osłabieniem religii”. Przyzać jednak muszę, że z dotychczasowych uwag nie dostrzegamy konieczności religii dla istnienia społeczeństwa; raczej można wnosić że konieczną jest sprawiedliwość w najobszerniejszym słowa znaczeniu, t.j. moralność. Na niej gruntuje się sprawiedliwość w stosunkach z ludźmi; bez niej nie istnieje żadne prawo.
Nauka Kościoła najzupełniej uznaje to twierdzenie; i dlatego właśnie wskazuje, że religia jest fundamentem społwczeństwa, bo jest fundamentem moralności. Wprawdzie i z katedr uniwersyteckich słyszymy wypowiadane teorie o moralności, jakko o zbiorze subiektywnych czysto poglądów, ale teorie owe tak słabo są uzasadnione, że naprawdę nikogo jeszcze nie przekonały, choć pociągają orginalnością. Nie potrzebuję więc ich zwalczać; wystarcza przytoczyć parę uwag, które nas umocnią w naszych przekonaniach. Jako bardzo wymowny dowód przeciwko moralności subiektywnej, a także „niezależnej” można by wskazać słynne „rozprawy nożowe”, które dziś po większych miastach są już prawie na porządku dziennym. Nie składajmy tego na ciemnotę i brak oświaty w niższych warstwach społeczeństwa. Nie, nie ciemnota wmysłowa srowadza te zbrodnie, ale brak gruntu, na którym może istnieć moralność, brak zasad religii wduszy zbrodniarza.
Ale pomijam tę rzecz bo teoria „moralności niezależnej” sama przez się okaże się przeciwną naturze człowieka. Przypomnijmy sobie, na czym właściwie polega moralność.
Wewnętrzna świadomość wskazuje nam, że jest to postępowanie zgodne z jakąś normą, miarą, wzorem najdoskonalszym, którego poczucie odnajdujemy we własnym umyśle. Cóż to za norma? Zdawałoby się, że – rozum, w którym istnieje to poczucie słuszności i sprawiedliwości, porządku moralnego. I w istocie Mojżesz ludowie Izraelskiemu wyraźnie wskazuje to źródło: „ Rozkazanie to, które ja dziś przykazuję tobie, nie jest ci nad tobą, ani daleko odległe… ani położone na niebie… ani za morzem leżące… Ale blisko ciebie jest mowa, w uściech twoich, i w sercu twoim, abyś ją czynił”. Toż samo powtarza św. Paweł: „ Bo gdy poganie, którzy zakonu nie mają z przyrodzenia czynią, co zakon ma… którzy okazują dzieło zakonu, napisane na sercach swoich”. A jednak przyznać musimy, że sam rozum niezupełnie wystarcza za normę postępowania. Głębsza rozwaga daje nam poznać, że reguła moralności nosi w sobie cechy jakiegoś prawa, które nie przestaje nas wiązać, choćby nam śmierć groziła; a nikt nie nazwie moralnym człowieka, który wobec obawy śmierci upadł i złamał porządek moralności; reguła ta nie bierze początku w rozumie, choć ją rozum poznaje, bo swoją niezmiennością, doskonałością stanowi kontrast ze słabym i chwiejnym poznawaniem naszego rozumu; ta reguła istnieje niezależnie od naszego rozumu; bo choć nas już na świecie nie będzie, zachowuje swą siłę; słowem jest to prawo odwieczne, – a właśnie to chcieliśmy wykazać. Nie mogę pominąć niezmiernie w tej materii doniosłych słów św. Tomasza z Akwinu: „ Rozum ludzki jest regułą woli naszej o tyle tylko, o ile stanowi wyraz wiecznego prawa; dlatego czytamy w Psalmie IV, 6 w.: „ wiele ich mówią: któż nam okazał dobra,” – i zaraz odpowiada: „ Naznamionowana nad nami jest światłość oblicza Twego Panie,” jakby mówił: światło rozumu, które jest w nas, o tyle może wskazać nam dobro i stanowić regułę woli, o ile jest światłością oblicza Twojego, t.j. o ile od Ciebie pochodzi. Stąd jasną jest rzeczą, że bardziej zależy dobroć woli ludzkiej od prawa wiecznego niż od rozumu człowieka”. A więc, jak prawa bez prawodawcy, podobnież nie ma moralności bez Boga. Cóż postawią głosiciele niezależnej moralności na miejsce prawa odwiecznego, jako reguły postępowania? Długie już upływają wieki na poszukiwanie reguły, która by zastąpiła religię. Jakiż tej pracy rezultat? Zamiast dekalogu, który streszcza się w tej jednej zasadzie: „ Miłuj Boga nade wszystko, a bliźniego, jako siebie samego”, wznoszą zaiste całą wieżę Babel rozmaitych twierdzeń, a około niej panuje taki zament przekonań, iż wyliczyć je ani – podobna, ani – pożyteczna. Jeden z uczonych współczesnych zgrupował je do trzech kategori: 1) utylitaryzm moralny, który jak jest wstrętny, dosyć możemy zrozumieć, gdy pewien przedstawiciel tego kierunku do godności zasady podnosi „ egoizm indywidualny” – gdy inny za regułę moralności stawia „ osiągnięcie tego co jest przyjemnym”, gdy wszyscy zresztą streszczają swoje zasady w tej osławionej regule: „ cel uświęca środku”.
2) Inną kategorję stanowi t.zw.racjonalizm moralny. Jakby naśladując upadłego Archanioła Lucypera w jego słowach: „ nie będę Ci służył,” twórca tego systematu, Kant, głosi człowiekowi z niesłychaną pychą, że jest on ( człowiek ) antonom, a świat podziwia ten tytół i uważa za zdobycz cywilizacji nowożytnej, bez względu na to, że już inny filozof, którego nazywają „strasznym dzieckiem Kanta” wypowiada bluźnierczą antytezę do przykazania Chrystusowego w słowach: „ Będziesz miłował siebie samego nade wszystko, a bliźniego twego dla siebie samego.” 3) Inną wreszcie kategorię stanowi pozytywizm moralny, który wprost znosi wewnętrzną wartość czynów ludzkich, i doprowadza do najoczywistniejszych obsurdów. I gdy zwolennicy tego kierunku czytają dzieła Lombros’a, który wszystko złe w człowieku tłumaczy zboczeniem umysłowym, już przynajmniej nie dowierzają, aby na świecie byli przeważnie chorzy, i przeczuwają, że w takich rozumowaniach jest więcej materiału dla pism humorystycznych, niż szczerej prawdy. Tak, śmieszne to rzeczy. Ale czytamy w liście do Galatów: „ Nie błądźcie; nie da się Bóg z siebie naśmiewać”. Już na cały ten chaos twerdzeń o moralności niezależnej odpowiedział w Psalmie II: „ Czemu ludzie rozmyślali próżne rzeczy?… zeszli się w gromadę przeciw Panu i przeciw Chrystusowi jego. Potargajmy związki ich; i zrzućmy z siebie jarzmo ich. Który mieszka w niebiosach naśmieje się z nich, – a Pan szydzić z nich będzie. Tedy będzie mówił do nich w gniewie swoim i w zapalczywości swojej potrwoży je… A teraz rozumiejcie… Służcie Panu w bojaźni, a radujcie się mu ze drżeniem.” Nie! Nie! Nie znajdzie człowiek innej zasady moralności nad religię; i co mówił niegdyś prorok Dawid: „ Od przeciwiających się prawicy Twojej strzeż mię, jako źrenicę oka”, to w naszych czasach powtarzał pewien pisarz: Ja Boga się boję i kocham Go, ale drżę przed tymi szczególnie, którzy się Boga nie boją. Straszni dla innych – dla siebie są niewolnikami swoich mamiętności, bo ta niezalwżność jest prostą, grubą niemoralnością, która przytem chce się w płaszcz moralności przystroić. Jest natomiast inna, prawdziwie niezależna moralność tam, gdzie panuje miłość Boża. „ Prawo nie jest dane sprwiedliwym”. Kto z synowskiej miłości do Boga prwo moralności wypełnia, ten jego jarzma nie czuje; ten jest jakby ponad prawem; gdy tego zapału nie posiada, prawo moralności staje się dla niego jarzmem. Ale to jarzmo zabezpiecza dobro osobiste każdego człowieka, – zabezpiecza dobro ogółu. „ A jarzmo moje, mówi Pan Jezus, słodkie jest i brzemię moje lekkie”.